Cerf: mały raj pełen relaksu
Aby uczcić swoje osiemdziesiąte urodziny, moja mama postanowiła podarować mnie, mojej żonie i naszym dwóm córkom (w wieku trzech i pięciu lat) wyjątkową wspólną podróż. „Sami wybierzcie miejsce” – powiedziała nam. Po przejrzeniu niezliczonych propozycji tradycyjnych touroperatorów specjalizujących się w kierunkach z „ciepłymi morzami” odkryliśmy wreszcie w Internecie SeyVillas. Firma sprawiała wrażenie doskonale zorganizowanej i oferowała najlepsze opcje, często w przystępnych cenach.
Valeria od razu przekonała nas swoją uprzejmością i autentycznością do pobytu na Cerf Island. Ze względu na nietypowy skład naszej grupy (najmłodszego i najstarszego podróżnika dzieliło siedemdziesiąt siedem lat) zrezygnowaliśmy, choć z żalem, z podróży objazdowej po La Digue i innych „bardziej znanych” wyspach, do których trudno byłoby dotrzeć osobom „zbyt małym” lub „zbyt dużym”. Decyzja o pobycie w jednym miejscu z pewnością okazała się trafna, ponieważ ta wyspa bardzo nam się spodobała. Co więcej, Cerf była idealną bazą do zwiedzania Mahé i wysp parku St. Anne.
Po przylocie na lotnisko na Mahé czekał na nas malowniczy minibus „Creole” z uśmiechniętym kierowcą, który w kilka minut zawiózł nas do przystani na Eden Island. Zdążyliśmy zrobić w pobliskim supermarkecie niewielkie zakupy na lunch i pojawił się legendarny James ze swoją łodzią: Caronte, która wiele razy dziennie kursuje na Cerf i z powrotem (a jeśli mają Państwo ochotę, inną łodzią zabierze Państwa również na rafę, aby podziwiać kolorowe ryby i opłynąć Park Przyrody St. Anne).

Z Eden Island po kwadransie dotarliśmy do pomostu przy Habitation. Martwiliśmy się czekającym nas transferem do naszego zakwaterowania Tropical Sanctuary, ponieważ wyobrażałem sobie, że będziemy musieli nie wiadomo jak długo „ciągnąć” bagaże po plaży. Spotkała nas jednak niespodzianka: trzech mężczyzn wyładowało wszystkie walizki z łodzi i ruszyło w stronę plaży. Jeden z nich nas powitał – był to Matías, bardzo młody syn Cathy i Jean-Marca, niezwykle życzliwych właścicieli i gospodarzy Tropical Sanctuary.
Po dotarciu na miejsce okazało się, że jest ono jeszcze piękniejsze niż na zdjęciach! Willa z basenem była bardzo przytulna, miała ładną werandę położoną zaledwie kilka kroków od wspaniałej plaży… a wszystko to tylko dla nas!

Od tej chwili dni mijały niestety bardzo szybko… Każdego ranka i wieczoru byliśmy wręcz rozpieszczani przez Matíasa, znakomitego szefa kuchni, który zastępował „bardziej znaną” Cathy (poznaliśmy ją dopiero podczas ostatnich dwóch dni, ponieważ wcześniej była w podróży). Przygotowywał wyjątkowe śniadania i kolacje, serwowane pod zadaszeniem przy basenie.
Jean-Marc, który tylko na początku sprawiał wrażenie „mrukliwego”, nauczył mnie otwierać kokosy (na tej wyspie – także wokół naszej willi – rosły w wielkiej obfitości), a rano zabierał dziewczynki do bujnego ogrodu pełnego niezwykłych roślin, gdzie zbierały świeżo zniesione kurze jajka.
Pewnego dnia, korzystając z kajaków udostępnianych bezpłatnie przez Tropical, całą rodziną (z wyjątkiem babci) wybraliśmy się na piękną wyprawę wokół Cerf, a innego dnia spróbowaliśmy łatwego snorkelingu razem z naszymi małymi córkami!
Spędziliśmy również kolejny wspaniały dzień na rejsie z Jamesem po parku St. Anne. Wycieczka obejmowała wizytę na Moyenne, wyspie zamieszkanej przez olbrzymie żółwie, gdzie zjedliśmy także lunch złożony z grillowanych ryb i mięsa.

Innego dnia Cathy zorganizowała nam samochód z wypożyczalni, którym wybraliśmy się na zwiedzanie Mahé. Najpierw odwiedziliśmy barwny targ w Victorii
Krótko mówiąc, były to przepiękne wakacje „po drugiej stronie świata”, jak powiedziałyby moje córki, i trudno będzie o nich zapomnieć.
Dziękujemy, Mamo! Dziękujemy Matíasowi, Jean-Marcowi i Cathy! Dziękujemy, SeyVillas! Wkrótce wrócimy!




