„Państwo mają zegarki, my mamy czas”
„Wy macie zegarki, my mamy czas”
Tak powiedział nam ze śmiechem taksówkarz podczas jazdy na lotnisko, gdy zapytał o nasze wrażenia z podróży po Seszelach. Zazdrościliśmy mu i wszystkim Seszelczykom, których w ostatnich dniach poznaliśmy właśnie od tej strony. Najpierw trzeba się do tego przyzwyczaić – zwłaszcza gdy obsługa restauracji tak niespiesznie przechadza się po sali (my, Niemcy, oczekujemy przecież, że wszystko będzie raz-dwa). Ostatecznie jednak zawsze wszystko kończyło się dobrze: każdy był najedzony, miał okazję poznać wyśmienitą i pomysłową kuchnię kreolską, a najczęściej usłyszał też kilka miłych słów i, co najważniejsze, otrzymał wskazówki na dalszą część podróży.

Mahé
Podróżowanie po wyspach własną łodzią

Bardzo przyjemna jest także wędrówka przez wyspę do miejsca, w którym żyją żółwie. Zwierzęta wyglądały na nieco osowiałe z powodu rozpoczynającego się, nieustającego deszczu – taka była jednak pogoda. Najpiękniejsze doświadczenie nurkowe przeżyliśmy w pobliżu St. Pierre.

Barwny podwodny świat stawał się jeszcze ciekawszy dzięki licznym jeżowcom, a w drodze powrotnej pontonem na nasz katamaran towarzyszyły nam delfiny. Gdy następnego dnia, przy bezchmurnym niebie, zbliżaliśmy się do wyspy „Cousin”, już z daleka zachwyciło nas jej pocztówkowe piękno. Wspaniała piaszczysta plaża, jeden człowiek na brzegu, który później okazał się strażnikiem, oraz dwie kryte strzechą chaty. Płynęliśmy pontonem, aż strażnik dał nam znak, że łodzią nie możemy podpłynąć bliżej, więc ostatni odcinek do brzegu pokonaliśmy wpław. Niczym Robinson Crusoe zostaliśmy wyrzuceni na ląd przez bardzo wysokie fale i przez chwilę leżeliśmy bez tchu na piasku. Niestety atmosfera rodem z przygód Robinsona Crusoe szybko prysła, gdy strażnik uprzejmie, lecz stanowczo poinformował nas, że nie możemy zostać, ponieważ niedziela jest „dniem odpoczynku” dla zwierząt i roślin. Chętnie to uszanowaliśmy, ponieważ Seszele są prawdziwym rajem przyrodniczym, o który strażnicy pieczołowicie dbają, dzięki czemu odwiedzający wciąż mogą podziwiać tak dziewicze zakątki naszej planety. Wstęp kosztuje wprawdzie aż 38 € od osoby, ale z pewnością są to dobrze zainwestowane pieniądze!

Zdecydowanie opłaciło nam się wynająć przewodniczkę, która czekała na gości przy wejściu. Z ogromnym zaangażowaniem i wiedzą oprowadziła nas po tym pięknym parku narodowym, a swoim nawoływaniem zdołała nawet zwabić rzadką papugę czarną. Możliwość dotarcia do wszystkich tych wysp od strony wody miała oczywiście swój niepowtarzalny urok – ale wszystko kiedyś się kończy.
La Digue

Od razu zobaczyliśmy parę młodą, która idealnie dopełniała tę filmową scenerię. Tak – oczywiście było bardzo pięknie – ale podczas podróży widzieliśmy już tak wiele cudownych plaż, że liczba odwiedzających to miejsce niemal nas zaskoczyła. Przy plaży stało kilka straganów, których sympatyczni właściciele wyciskali wprawdzie wyśmienite, świeże soki owocowe, jednak cały ten zgiełk był dla nas nieco przytłaczający. Następnego dnia pojechaliśmy więc na wypożyczonych rowerach na południowo-wschodnie wybrzeże wyspy. Jazda na rowerze po La Digue to przygoda sama w sobie, ponieważ większość tych pojazdów nie zostałaby w Niemczech dopuszczona do ruchu. Nie działały ani hamulce, ani przerzutki, dlatego przez znaczną część drogi po prostu prowadziliśmy rowery. Kiedy jednak dotarliśmy do celu, ogromne fale przy Grande Anse zrobiły na nas olbrzymie wrażenie.

Wtedy zrozumieliśmy, dlaczego wszędzie ustawiono tablice z napisem „Zakaz kąpieli”. Fale z hukiem uderzały o drobny piasek, a po ludziach od razu było widać, jak bardzo chcieliby rzucić się w wodę. Nie wolno jednak lekceważyć niebezpieczeństwa związanego z tak potężnymi siłami natury. Zdecydowanie warto również wybrać się na krótką wędrówkę do Petit Anse – po drodze czekają urzekające widoki, a na końcu niewielka, lecz urokliwa plaża. Zresztą na Seszelach trudno znaleźć coś innego niż same cudowne plaże jak ze snu, z których każda zdaje się piękniejsza od poprzedniej. Weekend zakończyliśmy we wspaniałym „Le Domaine de L'Orangeraie”.

Zjadłem tam nie tylko najdroższe, lecz także absolutnie najlepsze tortellini w życiu. Jeśli chodzi o jedzenie, mamy jeszcze jedną poufną wskazówkę: naprawdę warto wypożyczyć rower i pojechać do „Chez Jules”.

Siedzi się tam na drewnianych ławach w niewielkiej plażowej chacie, tuż nad morzem, można zjeść najlepszą sałatkę z ośmiornicy na całych Seszelach, napić się wspaniałego, świeżo wyciskanego soku i spoglądać na ocean – z wdzięcznością i sercem pełnym zachwycających wrażeń z minionych dwóch tygodni. Byliśmy zgodni: raj naprawdę istnieje już tu, na ziemi!