Marzenie, które stało się rzeczywistością
Seszele — od zawsze wymarzony kierunek.
Podróż odkładana przez lata z powodu błędnego przekonania, że są „niedostępne”.
Jednak w tym roku postanowiłam przyjrzeć się im bliżej i krok po kroku zaplanować wyprawę, która okazała się wspaniała!
La Digue — 5 dni w raju. Tak mogę je określić i podsumować!
Schodzę z promu, odwracam się i oto powitanie, które na mnie czeka.

Otwieram szeroko oczy i myślę… rety, co za kolory… A przecież jeszcze nie wiem, że już za chwilę każdy zakątek ukaże mi inne barwy, które na zawsze pozostaną w moim sercu.
Rower i w drogę — niczego więcej nie potrzeba poza strojem kąpielowym i ogromną, naprawdę przeogromną chęcią odkrywania tej zachwycającej wyspy, doświadczania jej i dostosowania się do jej rytmu.
Jadę na rowerze, po prostu obserwując otoczenie. Niepozorna dróżka i myśl… dobrze, zrobię mały objazd i zobaczę, co tam na mnie czeka. Polna ścieżka, a potem przede mną… tropikalne krajobrazy, w których panuje absolutna cisza!

Jedyny dźwięk — bo nie można nazwać go hałasem — to szum fal. W powietrzu czuć bezgraniczny spokój.

Siadam i przypominam sobie, że mam przy sobie mapę. Rozkładam ją i odkrywam, gdzie jestem… Anse La Réunion! Oto „moja” pocztówka z raju — myślę. Czytam opis tej plaży, rozglądam się dookoła i dochodzę do wniosku, że w rzeczywistości wszystko jest jeszcze piękniejsze.
W pewnej chwili jednak, jak to często bywa, zmienia się przypływ, poziom morza rośnie, a plaża staje się coraz węższa. Uśmiecham się i myślę: gdzie tu problem? Znów wsiadam na rower i pedałuję dalej, odkrywając wyspę.
Zaledwie kilka obrotów pedałami i kolejny postój. Niezliczone punkty z jedzeniem na wynos, rozsiane wzdłuż trasy, oferują coś na każdą okazję : lodowate piwo, koktajl ze świeżych owoców… pozostaje tylko wybierać i próbować!
Podjazd, zjazd, zakręt… i olbrzymie żółwie , które przechodzą przez drogę i „na szczęście” zmuszają mnie do przerwania jazdy…
Na szczęście, bo gdy się odwracam, dostrzegam za sobą majestatyczne skały schodzące wprost do szmaragdowego morza! Próbuję ustalić, gdzie jestem, pytam i dowiaduję się, że to Anse Severe. Nowy krajobraz, nowe kolory… i kąpiel.

Tak mijają kolejne dni — bez planów. To przypływy i odpływy wyznaczają rytm moich dni oraz kolejnych odkryć.
Dziś zapowiada się idealny dzień: wcześnie rano jest odpływ, a już o 8:00 słońce świeci wysoko na niebie.
Anse Source d'Argent — oto mój dzisiejszy cel!
Z mojego pensjonatu docieram tam rowerem w mgnieniu oka. Po opłaceniu biletu wstępu wchodzę do parku L'Union Estate . Chciałabym zatrzymać się przy żółwiach i olbrzymich palmach, ale dziś rano zależy mi na tym, żeby dotrzeć na czas…
Zostawiam rower i po kilku minutach widzę przed sobą tysiące barw.

Wodzę wzrokiem po horyzoncie od lewej do prawej, a przede mną rozciąga się tylko niesamowite morze . Staram się utrwalić w pamięci jak najwięcej obrazów — chwil, które pozostaną ze mną na zawsze!

Sen na jawie!… Tym właśnie były dla mnie Seszele.